Obok czy zamiast?

 

                                                  „Człowiek z jednym zegarkiem wie, która jest godzina.  Człowiek z dwoma nigdy nie jest pewien”   (Prawo Segala)


Niedawno światowe agencje obiegły szokujące obrazy masakry w amerykańskim miasteczku Aurora, jaka miała miejsce podczas premiery najnowszego filmu o Batmanie. 15 minut po rozpoczęciu pokazu zamaskowany sprawca wkroczył do budynku kina i zaczął strzelać do przypadkowych ludzi. Zginęło 12 osób, 59 zostało ciężko rannych.
Morderca, James Holmes, od lat był zafascynowany postacią Jokera, czarnego charakteru kultowego obrazu. Były kondolencje prezydentów, solidarność bólu zwykłych ludzi, wyrazy współczucia i krokodyle łzy producentów z Hollywood, którzy od lat na scenach okrucieństwa, przemocy zbijają krocie. Hans Zimmer, autor soundtracku do filmu "Mroczny rycerz powstaje", skomponował nawet utwór  zatytułowany „Aurora", który zadedykował ofiarom strzelaniny. Zyski ze sprzedaży 8,5-minutowej kompozycji zostały przeznaczone dla rodzin ofiar. I co więcej? Nic. No może jedynie to, że Amerykanie zaczęli się masowo zbroić, zabezpieczając się w ten sposób przed kolejnym potencjalnym szaleńcem, który utożsami się np. z nowym wcieleniem filmowego psychopaty i otworzy ogień do przypadkowych ludzi w sklepie, autobusie czy na ulicy.
Żadnej głębszej refleksji, poza jałową paplaniną dyżurnych gadających głów, zapełniających nudne wakacyjne ramówki telewizji informacyjnych. Potem cisza.
I tak będzie do kolejnej tragedii.

Życie to nie gra
Wszystko wskazuje na to, że Holmes strzelając do niewinnych ludzi wyobrażał sobie, iż uczestniczy w wirtualnej grze. Paradoksalnie, widzowie na początku także nie zorientowali się, jaki czeka ich los – byli przekonani, że to kinowy bonus: efekty specjalne, które miały podnieść poziom adrenaliny podczas premierowego pokazu! Krew, krzyki rannych, śmierć szybko wyprowadziły ich z błędu i okrutnie zakreśliły granicę realnego świata.
Podobnych wydarzeń, choć w dużo mniejszej skali, jest coraz więcej. Dziecko, które wyskoczyło z trzeciego piętra, ponieważ było przekonane, że - podobnie jak w bajce o Tomie i Jerrym – nic mu się nie stanie; nastolatkowie, którzy zakatowali kolegę, bo byli ciekawi „jak to jest naprawdę”; rodzina, która się rozpadła z powodu romansu jednego ze współmałżonków, nawiązanego na czacie internetowym – zdrada wcale nie okazała się „na niby” itp. Już nie tylko dzieci mają problemy z rozdzieleniem dwu odsłon rzeczywistości: wirtualu i realu. Mamy z tym kłopot także my, dorośli, spędzający coraz więcej czasu przed ekranem telewizora czy monitorem komputera. Na naszych oczach dorasta kalekie pokolenie, mające ogromne trudności z komunikacją, budowaniem relacji, uzależnione od coraz mocniejszych wrażeń, okrucieństwa i gwałtu. Jeszcze niedawno psychologowie tłumaczyli, że przemoc na ekranie rozładowuje emocje, uspokaja. Dziś zamilkli.
Jednym ze skutków obecności wspomnianego wyżej cywilizacyjnego zgiełku, natłoku informacji jest chęć ucieczki, zamknięcie się w swoim mikroświecie, gdzie panuje względny ład i bezpieczeństwo. Ekran komputera stwarza pewnego rodzaju zasłonę ochronną, filtruje nasze cechy osobowości i pokazuje tylko tyle, ile sami chcemy pokazać. W rezultacie nie trzeba się martwić, co inni myślą o naszym wyglądzie, intelekcie czy zachowaniu. Pozbawione kontroli korzystanie z Internetu może doprowadzić do pogłębienia izolacji młodego człowieka, ograniczenia jego funkcjonowania w realnym świecie. Świat wirtualny zaczyna przysłaniać świat rzeczywisty, a w niektórych przypadkach nawet go zastępować, ponieważ jest anonimowy, komfortowy i bezpieczny. To jest pokusa, która przyciąga jak magnes.

Ucieczka w nierzeczywistość
Żyjemy w epoce, w której spełniło się jedno z wielu odwiecznych marzeń ludzkości: świat stał się bliski. Dzięki technologiom teleinformatycznym w dowolnym momencie możliwe stało się przeniesienie w inny zakątek Ziemi. Szybka wymiana informacji jest dobrem powszechnym. Wraz z postępem pojawiła się też niezliczona ilość różnego rodzaju tub medialnych. Ludzkość w swoim rozwoju  gwałtownie przyśpieszyła. Nie da się opisać pokrótce skutków – pozytywnych i negatywnych - owej akceleracji. Jej efekty widzimy na co dzień. Faktem jest, że oprócz postępu przyniosła też dylematy, które wcześnie bądź nie istniały, bądź razem z nią się pojawiły. W wielogłosie, który nagle szczelnie otulił cywilizację, człowiek zaczął mieć problemy ze swoją tożsamością i wolnością. Przytoczone na wstępie tekstu tzw. prawo Segala zaczęło się spełniać.
Przez lata popularnym określeniem, opisującym rzeczywistość mediów, był anglojęzyczny termin mass media. Dziś stopniowo odchodzi się od słowa „masowy” zastępując je wyrażeniem „społeczny”. Takie konstrukcja lepiej uwydatnia personalistyczne oddziaływanie mediów. Sformułowanie: „środki społecznego komunikowania” podkreśla ich interaktywność (zakłada obustronną zależność pomiędzy nadawcą i odbiorcą). W efekcie dotychczasowe stwierdzenie, iż komunikat nadawany przez media to „przekaz” straciło swoją aktualność. Ma to niebagatelne znaczenie. Komunikacja - z języka łacińskiego communicatio - oznacza udział, dlatego proces ten powinien mieć charakter partnerski, dwustronny. W rozmowie nie jest ściśle określony ani nadawca, ani odbiorca, ponieważ każdy uczestnik jest równocześnie nadawcą i odbiorcą. Komunikatory, portale społecznościowe generują nieznane dotąd możliwości wymiany myśli, a zatem także wzajemnego oddziaływania na siebie. Niesie to w sobie wolność, szansę rozwoju, wzajemnego poznania, ale też bardziej niż kiedykolwiek wcześniej stwarza możliwość deformacji. Dzieje się tak zawsze wtedy, gdy owa relacja zostanie pozbawiona odniesienia moralnego. Statystyki policyjne są tego najlepszym dowodem.

Edukacja medialna
Dość wnikliwie przestudiowałem nową podstawę programową kształcenia ogólnego, aktualnie obowiązującą we wszystkich typach szkół w Polsce, szukając w niej elementów edukacji medialnej. Przy jej konstruowaniu przepadł pomysł, aby stworzyć odrębny przedmiot o takie właśnie nazwie. Edukacja medialna ma się dokonywać na wielu przedmiotach, z uwzględnieniem ich specyfiki i realizowanych celów dydaktyczno-wychowawczych. Założenia ogólne zostały sformułowane bardzo zgrabnie. Podkreślono, iż „kształcenie ogólne w szkole tworzy fundament  wykształcenia – szkoła łagodnie wprowadza uczniów w świat wiedzy, dbając o ich harmonijny rozwój intelektualny, etyczny, emocjonalny, społeczny i fizyczny”. Mają „sprawne i odpowiedzialne funkcjonować we współczesnym świecie, poznawać realia społeczeństwa informacyjnego, posiąść umiejętność posługiwania się nowoczesnymi technologiami komunikacyjnymi, wyszukiwania i korzystania z informacji, gromadzeni ich oraz zaspokajania naturalnej ciekawości świata”. Twórcy Podstawy programowej poświęcili wiele uwagi zagadnieniu szeroko rozumianego bezpieczeństwa w zakresie korzystania z nowych technologii. Poruszono również zagadnienia etyczne i prawne związane z ochroną danych i własności intelektualnej oraz przejawami przestępczości komputerowej. W programie wychowania do życia w rodzinie znalazł się postulat kształcenia umiejętności „korzystania ze środków przekazu w sposób selektywny, umożliwiający obronę przed ich destrukcyjnym oddziaływaniem”.
Wszystko OK. Na ile rzeczywiście owe założenia są realizowane w szkołach – na to pytanie mogą odpowiedzieć tylko młodzież, nauczyciele  i rodzice. Obawiam się, że ciągle w zbyt małym stopniu jesteśmy świadomi wagi problemu. Smuci to, że kwestia edukacji medialnej praktycznie nieobecna jest w programach katechetycznych. Problem albo się demonizuje, potępiając a priori całą rzeczywistość medialną, rzuca ogólnikami (kompromitując się w ten sposób), ewentualnie kwestionując ją nie wskazuje się alternatywy, albo po prostu przemilcza problem zostawiając jego rozwiązanie innym.
Jednym z kluczowych zadań, jakie jawi się dziś przed szkołą, rodziną jest wypracowanie sposobów obrony przed wszelkimi mechanizmami, które zacierają granice pomiędzy światem rzeczywistym a sztucznie wykreowanym, przygotowanie do selektywnego odbioru mediów. W starciu z potężną machiną, nastawioną na krociowe zyski, bez skrupułów odwołującą się do najniższych ludzkich instynktów, mających za nic prawdę i godność człowieka, nasze dzieci są bezradne (niestety, my zresztą często także). Stąd konieczność wsparcia ze strony środowisk uniwersyteckich, przebudowy programów wychowawczych i profilaktycznych, obudzenia wrażliwości pedagogów i rodziców. A także – choć lepiej zabrzmią słowa: przede wszystkim - powrotu do sytuacji, gdzie rodzina ma dla siebie czas, nie trzeba szukać akceptacji i uznania w wirualnym świecie, ponieważ są one na wyciągnięcie ręki, gdzie można się przejrzeć w oczach najbliższych a nie w martwym, ciekłokrystalicznym ekranie laptopa. 
Zwykle jest tak, że rozwiązania najprostsze są zarazem najskuteczniejsze. Warto czasem o tym pomyśleć.

ks. Paweł Siedlanowski